Katarki, kaszelki … jednym słowem przeziebienie 🤧

Chyba w życiu każdego rodzica przychodzi taki moment, że blat kuchenny, stół w salonie czy szafka w łazience przypomina półkę w aptece.

Szczególnie teraz, w okresie jesienno zimowym często zdarzają się infekcje. Pewnie nie jestem jedynym rodzicem zastanawiającym się ” czy ten kaszel już jest brzydki ?”, „czy ten katar nie trwa za długo?, „a tą gorączkę to juz zbijać czy za chwilę?”. Nie ważne czy to nasze pierwsze dziecko czy kolejne, my, rodzice wątpliwości mamy zawsze. Teraz jest tym trudniej, że dostęp do opieki medycznej jest ograniczony.

Pamiętam jak przy moim pierworodnym jego katar mnie wykańczał. Pozbyć się go nijak się nie dało. Aspirator którym wciągało się zawartość nosa ustami był moim koszmarem, no nie mogłam… Ten do odkurzacza, znowu powodował straszny szum w nocy i rozbudzał dziecko. Dopiero przy drugim zainwestowałam w elektryczny i to było moim – naszym zbawieniem.

     Nie muszę nikomu mówić jak ciężko jest przy chorym dziecku, a co dopiero przy dwójce ( z tego miejsca podziwiam mamy z większym inwentarzem😉)

    Najpierw młoda: sól fizjologiczna do noska, potem szybko aspirator – cała akcja przypomina walki na arenie. Po wygranej bitwie, plasterek na katar (może nie zauważy, nie odklei i nie zje). Ok, katar załatwiony, to teraz paracetamol ( otwórz buzie proszę). Po kolejnej odbytej bitwie mogę przejść do łatwiejszych rzeczy jak smarowanie plecków czy stopek. Dobrze, misja leki wykonana! Teraz jeszcze tylko cycuś, trochę bujania i śpi, spokój…(?)….

… nieeee biegnę do następnego! Procedura od nowa, tym razem łatwiej bo starszy. Nos wyczyści sam, syrop połknie no i cycuś poszedł w zapomnienie. Szybkie tulenie i śpi… spokój (?)….

… no nie bo SIĘ samo nie zrobi. Nie poodkurzam bo za głośno ale obiad,  pranie, prasowanie … Dobra mam z godzinę ogarnę!

No jednak nie bo już „dzień dobry”, córcia spać nie będzie bo katar męczy… Znowu walka: ja vs katar.

Po ciężkich trudach wygrana, no ale Emi nie odkładalna. Źle się czuje, nie chce być sama, rozumiem ją. I tu przychodzi ratunek w formie nosidła!

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że założenie (oczywiście juz opanowane) to jest minuta roboty! Dosłownie minuta, a spokój na … nie wiem na ile. Zależy od dnia, humoru, moich chęci.

Tak. Dokładnie moich, bo ja w tym wszystkim też jestem ważna, ja też mogę mieć gorszy nastrój, też mogę się źle czuć… Mogę prawda?

Nie ważne na ile. Nie ważne czy to jest 10 minut czy 2 godziny. Ważne jest to, że jesteśmy blisko, ona czuje mnie, ja czuję ją, tworzymy więź, piękną, trwałą więź.

Tak oto obydwie dostałyśmy to czego chciałyśmy! Ona moją bliskość a ja wolne ręce do codziennych obowiązków! Nie wspominając już o tym, że w pionie zdecydowanie lepiej się jej oddychało i ułatwiało udrożnienie noska. Pomijając fakt, że moje ręce odpoczywały od ciągłego noszenia, to miałam Emi cały czas na oku. Nie musiałam co kilka minut chodzić i sprawdzać czy wszystko jest w porządku, czy nie wzrasta nagle temperatura. Miałam ją blisko i mogłam cały czas kontrolować jej stan zdrowia. Grzałam ją i bujałam swoim ciałem co dawało jej ukojenie. Naturalny matetiał nie podrażniał jej zmęczonej skóry gorączką.

Tak udało nam się wspólnie organąć chociaż część panującego tutaj chaosu (na całość nie było co nawet liczyć).

I nawet zostało trochę czasu na tulenie w trójkę ❤

Pamiętaj! NIE NOŚ BO NAUCZYSZ😉

https://www.facebook.com/mimiemsling/

2 myśli na temat “Katarki, kaszelki … jednym słowem przeziebienie 🤧

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij